Recenzje

Zbudowałem miasto. GRAmy w Dice City!

Nigdy nie ukrywałem, że mimo że jestem eurograczem to mam słabość do eurogier z kośćmi. Mimo że zarzuca im się zbyt dużą losowość (chociaż to wcale nieprawda, bo w większości gier są mechanizmy, które pozwalają na modyfikowanie wartości na kościach) to Troyes i Zamki Burgundii są grami których nigdy nie odmówię. Dzisiaj czas na tytuł z kośćmi w tytule (jeden z dwóch którym patronuję), który już niebawem, bo jeszcze w pierwszym kwartale, zostanie wydany przez Barda – Dice City.

Ilość graczy: 1-4
Czas rozgrywki: około 60 minut
Główne mechaniki: dice rolling, take that, worker (dice) placement
Skomplikowanie zasad: 🎲🎲 (w pięciostopniowej skali)

Królestwo Kostkowii pogrążyło się w chaosie. Przepiękna stolica tego Państwa została splądrowana przez barbarzyńców. Jako przedstawiciele jednego z potężnych rodów, chcemy zyskać uznanie królowej i udowodnić, że to właśnie nasza prowincja zasługuje na bycie kolejną stolicą. Tak można podsumować zarys fabularny z instrukcji, ale nie dajcie się zwieść, bo klimatu nie uświadczycie tu nawet gram (co też przecież nie jest niczym szokującym).
 
Podczas rozgrywki każdy z graczy otrzymuje identyczną planszetkę z zarysem miasta, na którym znajdują się podstawowe budynki pozwalające na zdobywanie punktów zwycięstwa, gromadzenie zasobów i wojska. Podczas swojej tury gracze rzucają 5 kośćmi (ich wartości i kolory pokazują miejsca, gdzie należy je umieścić) i aktywują lokacje na których zostały one ustawione.
Kości mogą być również używane do zdjęcia znacznika dezaktywacji, zmiany 4 z dostępnych kart lokacji, przesuwania kości w innych rzędach lub zrezygnowania z wykonania akcji, by otrzymać znacznik klepsydry (dwa takie znaczniki mogą być wybranym surowcem lub zwiększyć siłę wojska o 1).
 
Zależnie od ilości mieczy (czyli siły wojska) które się zgromadzi, istnieje także możliwość ataku bandytów lub lokacji należących do któregoś z współgraczy. Po pokonaniu bandytów zdobywamy kartę, która daje nam na koniec gry punkty zwycięstwa, natomiast po splądrowaniu lokacji przeciwnika zdobywamy tyle punktów zwycięstwa ile warty jest dany budynek i umieszczamy na nim znacznik dezaktywacji (co oznacza, że do czasu gdy on się tam znajduje, budynek nie może być aktywowany).

Każdy może także kupić dodatkowe lokacje, wybierając je z tych dostępnych i umieścić je w dowolnie wybranym miejscu w swoim mieście, opłacając wcześniej wymieniony na nich koszt.

Podczas swojej tury gracze mogą również wypełniać kontrakty ze statkami handlowymi i zaopatrywać je w wymaganą ilość surowców, co pozwoli na zdobycie dodatkowych punktów zwycięstwa.

Rozgrywka ma 4 możliwe zakończenia gry – mogą wyczerpać się trzy stosy kart bandytów, wszystkie karty z co najmniej dwóch stosów kart statków handlowych, talia lokacji lub jeden z graczy może zapełnić dwa ze swoich rzędów lokacjami.

Zasady są bardzo intuicyjne i karty, mimo że są małe, są czytelne i w pełni wyjaśniają funkcje danej lokacji. W swojej turze gracze nie mają wielu możliwości do wyboru, więc po rzucie kości wszystko przebiega dość sprawnie. Oczywiście miejscami mogą zdarzyć się chwilowe przestoje, gdy będziemy musieli zapoznać się z dociągniętymi kartami lokacji czy po prostu zaplanować swoją turę.
 
Początkowo wydawało mi się, że strategia polegająca na zdobywaniu kart statków handlowych jest najbardziej sensowna i jest elementem prowadzącym do zwycięstwa, ale okazało się, że pokonywanie bandytów może być równie lukratywne. Niemniej jednak warto ze statków korzystać – na koniec swojej tury gracz może zostawić tylko po 1 surowcu z danego rodzaju. Są więc bardzo korzystną możliwością w momencie gdy wylosujemy wiele zielonych lokacji.
Mimo możliwości negatywnej interakcji, podczas partii, które rozegrałem niespecjalnie sobie dokuczaliśmy. Atakowanie budynków przeciwników moim zdaniem jest mało opłacalne, bo najczęściej najwięcej punktujące budynki są również tymi, które mają największą obronę.
 
Pewnym minusem może być to, że mimo partii w kilka osób, rozgrywka jest raczej solowa i poza możliwością atakowania naszych przeciwników, przez większość partii interesujemy się wyłącznie swoim miastem.
 
Kilka możliwości zakończenia gry sprawia, że jeśli każdy gracz obierze trochę inną strategię to parta spokojnie może potrwać dłużej niż pudełkowe 60 minut. Oczywiście w efekcie doprowadzi to również do zdecydowanie wyższych wyników niż te, które osiągniemy koncentrując się na podobnym elemencie.
 
Nie da się uniknąć tutaj pewnej losowości – mimo możliwości wpływania na wynik i przesuwania kości o jedno miejsce w lewo i w prawo, w dużej mierze jesteśmy zależni od tego jakie wartości wyturlamy. Oczywiście umiejscowienie naszych budynków jest równie istotne, bo gdy wybudujemy w jednym rzędzie zbyt dużo takich, które punktują na koniec gry, a podczas rozgrywki niewiele nam pomagają, to może być nam ciężko.
 
Dice City moim zdaniem najlepiej sprawdza się na 2 i 3 osoby, ale moim zdecydowanym faworytem są partie w parze. Nie tylko krótko czekamy na swoją kolej, ale też jesteśmy w stanie bardziej zaplanować kolejne tury, patrząc na dostępne karty lokacji (taka możliwość istnieje również w rozgrywce 3 osobowej, chociaż prawdopodobieństwo, że karta którą sobie upatrzyliśmy nadal będzie dostępna w kolejnej turze jest niższe). Podczas partii w komplecie graczy downtime będzie zdecydowanie dłuższy, co również wydłuży czas partii, a mimo sympatii do tego tytułu, Dice City nie jest grą w którą będę chciał grać 2 godziny.
Podsumowując – Dice city jest bardzo przyjemnym lekkim city builderem, w którym skupiamy się głównie na optymalizacji i najlepszej rozbudowie swojego miasteczka. Z pewnością przypadnie do gustu osobom z analitycznym umysłem, które uwielbiają możliwość przeliczania różnych możliwości na punkty zwycięstwa, badanie różnych ścieżek do zwycięstwa i pokonywanie swojego własnego wyniku. Jeśli nie przeszkadza Wam nieco solowa rozgrywka i prawie zerowa interakcja, sięgnijcie po Dice City – na pewno nie będziecie zawiedzeni.