Mariposas – recenzja

Cieszy mnie to, że rynek gier planszowych dojrzał na tyle, że obecnie poza dbałością o mechanikę gry, przykłada się również wagę do wyglądu gier i komponentów. Niejednokrotnie nasz polski rynek pokazał, że dla nas jest to aspekt równie ważny, co na rynkach światowych. Mając na uwadze grę, którą dziś omawiamy, jako przykład podajmy chociażby Na Skrzydłach, zdobywcę Spiel des Jahres, (które mnie akurat nie urzekło). Elizabeth Hargrave, autorka, nie osiadła jednak na laurach i tworzy kolejne gry, a jej najnowszą propozycją jest Mariposas. To piękna gra inspirowana wędrówką motyli monarchów, która w Polsce ujrzała światło dzienne dzięki wydawnictwu Albi. Jeśli jesteście ciekawi czy ten tytuł przypadł mi do gustu bardziej niż przywołane wcześniej Na Skrzydłach, zapraszam do czytania.

Ilość graczy: 2-5
Czas rozgrywki:
ok. 45 minut
Główne mechaniki: grid movement, set collection
Stopień skomplikowania: (w pięciostopniowej skali): 🎲 🎲

MARIPOSAS – KRÓTKI OPIS ZASAD

Rozgrywka przebiega na przestrzeni trzech pór roku, w trakcie których zagrywamy karty umożliwiające podróżowanie motyli. Każda karta informuje nas, ile motyli i jak daleko możemy poruszyć. Rozpoczynamy grę z jednym motylem pierwszego pokolenia, a w trakcie gry jeśli odpowiednio zaplanujemy naszą wędrówkę, ich liczba znacznie się zwiększy.

Na planszy znajdziemy głównie pola z symbolami kwiatów. Kiedy nasz motyl zatrzyma się na którymś, pobieramy żeton z odpowiednim symbolem rośliny. Gdy uzbieramy ich odpowiednią ilość i zakończymy ruch przy symbolu trojeści, możemy wydać zebrane żetony, by wykluć nowego motyla z numerem kolejnego pokolenia. Rozmnażanie motyli z wyższego pokolenia kosztuje nas odpowiednio więcej żetonów.

Drugim rodzajem pól, jakie znajdziemy na planszy są przystanki. To pola z nazwami amerykańskich miast, na których z początkiem gry umieszczamy zakryte żetony. Pierwsza osoba, która zawita w danym mieście otrzymuje bonus w postaci rzutu kostką i wylosowanego w ten sposób żetonu kwiatu. Odwiedzający otrzymuje też bonus widoczny pod żetonem, który od tej pory dostępny jest też dla innych graczy. Najczęściej jest to karta jednego z czterech etapów rozwoju motyla w trzech kolorach (razem 12 różnych kart). Karta taka to punkt zwycięstwa na koniec gry, a dodatkowo jeśli zbierzemy 4 różne etapy rozwoju tego samego koloru, uruchamiamy przypisany do niego bonus.

Ale jaki właściwie jest cel podróży naszych motyli? Na każdą porę roku przypada jedna wylosowana karta celów. Gdy każdy z graczy wykona odpowiednią ilość tur, pora roku kończy się i następuje punktacja wskazana na karcie. Najczęściej wiąże się ona z obecnością naszych motyli w konkretnym miejscu na planszy, np.: „Na końcu tej pory roku zdobywasz po 2 punkty za każdego swojego motyla, który jest wokół Bostonu” lub „Jeśli masz co najmniej 3 motyle na mapie i nie masz żadnych motyli poniżej Atlanty, zdobywasz 5 punktów”.

Karty celów na kolejne rundy są ukryte i ujawniane dopiero, gdy następuje zmiana pór roku. Jeśli jednak wszyscy gracze odpowiednio szybko rozmnażają swoje motyle, możliwe jest wcześniejsze odkrycie karty celów i przygotowanie swoich działań na kolejną porę roku.

Wraz z końcem jesieni, rozpatrywana jest ostatnia karta celu oraz następuje punktacja końcowa. Do punktów zgromadzonych w trakcie rozgrywki dodajemy te za karty rozwoju oraz punkty za każdego motyla czwartego pokolenia, którym zdołaliśmy powrócić do Michoacán. Ten ostatni mnożnik jest w stanie zapewnić nam nawet 24 punkty zwycięstwa i mam wrażenie, że to właśnie on zachwiał nieco balansem całej rozgrywki…

MARIPOSAS – KRÓTKA RECENZJA

Wielkim atutem Mariposas jest połączenie rozgrywki z tematem – grając naprawdę da się odczuć wędrówkę motyli, które przez kolejne pory roku podróżują przez różne regiony. Dodatkowo w samej grze (a właściwie instrukcji) mamy aspekt edukacyjny – na całej stronie znajdziemy informacje dotyczące motyli. Dzięki temu zasiadając do stołu z młodszymi graczami, możemy przemycić kilka ciekawych faktów przyrodniczych. Ba, ja sam czytając instrukcję dowiedziałem się paru ciekawostek.

Skupiając się jednak na samej grze, to rozgrywka jest bardzo ciasna. Dlatego polecałbym ją jako grę kolejnego kroku, niż jako zaproszenie do poznania planszówek. Liczba tur w każdej turze jest niewielka, a jeśli dodamy do tego losowy dobór kart poruszania się motyli, szybko okaże się, że nie jesteśmy w stanie zrealizować każdego celu.

Jak  to w grach tego typu – mamy kilka możliwości punktacji, jednak po kilku partiach stwierdzam, że nie wszystkie są tak samo wartościowe. Podczas podróży możemy zbierać sety, próbując skompletować stadia rozwoju motyla w różnych kolorach, jednak w moim odczuciu… nie jest to element wart zaangażowania. Wysiłek, jaki musimy włożyć, by zgromadzić cały cykl, szczególnie przy partiach w mniejszym gronie jest nieadekwatny do korzyści, jakie z tego płyną (odpalenie jednorazowego bonusu). Gdy do rozgrywki siada więcej osób jest to łatwiejsze, bo żetony w miastach odsłania więcej graczy, którzy szybciej rozprzestrzeniają po planszy. Co prawda karty cyklu rozwojowego same w sobie zapewniają pojedyncze punkty, ale przy punktacji, jaką zdobywa się za powrót do Michoacán jest to wynik marginalny. Jeśli dodamy do tego niskie prawdopodobieństwo zebrania wszystkich kart i fakt, że samo ich zdobywanie często przekreśla spełnienie celu na daną porę roku, otrzymamy aspekt, który ja traktowałem raczej na zasadzie „jak się uda, to się uda”.

Najważniejszym (i jednocześnie najciekawszym) elementem rozgrywki jest podróż, podczas której zbieramy żetony, pozwalające nam rozwijać pokolenia motyli i przemieszczamy się, by spełniać cele na poszczególne rundy. Gdy odpowiednio zaplanujemy swoje ruchy, realizacja celów okaże się nie tak bardzo problematyczna, jednak trzeba się przygotować na to, że czasami trafiają się takie kombinacje, które po prostu ciężko spełnić z rundy na rundę. Z tego powodu ważna jest też niepisana współpraca między graczami umożliwiająca szybsze odkrywanie karty z celami na kolejne pory roku poprzez rozmnażanie motyli. Same karty celów, które punktują na koniec pór roku są naprawdę ciekawe, a ich spełnianie często wymaga od nas kombinowania i planowania kolejnych ruchów. Szkoda tylko, że często działania, które musimy podjąć, aby spełnić dany cel nie przekładają się na zmianę pozycji lidera punktacji.

Poruszanie się po planszy, zdobywanie kwiatów, które wymieniamy na kolejne pokolenie motyli, gdy tylko przycupniemy obok pola z trojeścią czy odkrywanie żetonów z bonusami miast – wszystko to bywa bardzo satysfakcjonujące. Mam jednak wrażenie, że gra niewystarczająco motywuje nas do dalekich podróży w głąb planszy. Jak już wiecie, spełnianie kart celów zazwyczaj wiąże się z obecnością naszych motyli w konkretnym obszarze. Często jednak okazuje się, że po szybkiej kalkulacji dochodzimy do wniosku, że np. próba przeniesienia trzech naszych owadów w odległe rejony planszy uniemożliwi nam nimi powrót do Michoacán, więc odstępujemy od wypełnienia celu na korzyść większej ilości punktów na koniec gry. Poczucie to potęguje fakt, że powrót do początkowego miasta to zawsze pewne punkty, a odkrywanie celów, czy polowanie na karty stadiów rozwoju wiążą się z ryzykiem.

Podczas rozgrywki poruszamy się zgodnie z kartami, które dobieramy są losowo, więc nierzadko zdarza się sytuacja, kiedy nie jesteśmy w stanie zrealizować swojego planu bo, fizycznie nie jesteśmy w stanie dolecieć do danego pola. Warto się na to przygotowywać i jednak brać pod uwagę różne możliwości zdobywania punktów.

Na szczególną uwagę zasługuje oprawa graficzna. I choć dobór kolorów to zawsze kwestia indywidualna, mnie warstwa wizualna bardzo przypadła do gustu. Mnogość kolorów zbalansowana ciemnym tłem wypada świetnie. Sama plansza również jest pięknie wykonana, a miniaturowe meeple motyli cieszą oko.

Zbierając te myśli razem to po kilku partiach mam wrażenie, że Mariposas brakuje czegoś, by być grą świetną – rozgrywka mi się podoba i choć wprowadzono wiele zmiennych, gra ma tendencje do pewnej powtarzalności (ze względu na punkty zdobywane  za powrót do Michoacán) i brakuje mi tu jakiegoś dodatkowego elementu, który sprawiłby, że chciałbym ten tytuł wyciągać na stół częściej.  

RÓŻNE SKŁADY OSOBOWE

Jak już wcześniej wspomniałem – partie w większym gronie są zdecydowanie przyjemniejsze. Podczas dwuosobowych rozgrywek gramy na identycznej planszy, więc ciężej odkrywać miasta, a co za tym idzie, trudniej zbierać sety stadiów motyli. Mimo, że gracze nie mają możliwości interakcji, przy większej liczbie osób łatwiej korzystać z pełni możliwości jakie daje Mariposas.

PODSUMOWANIE

Mariposas to przyjemna i ładna gra, której jednak trochę brakuje, by w moich oczach zyskać miano must-have. Tytuł posiada kilka ciekawych pomysłów, których połączenie o dziwo wypada mało charakternie. Mam wrażenie, że wystarczyłoby podkręcić parę rzeczy, np. punkty zwycięstwa za zgromadzenie całego cyklu rozwoju, a gra wciągnęła by mnie na dłużej. Mimo to, podczas rozegranych partii dobrze spędziłem czas, niezależnie od liczby osób jaka zasiadała przy stole i z pewnością nie odmówię partii, gdy ktoś ją zaproponuje. Mariposas może być świetnym pomysłem na prezent dla nieco starszych dzieci lub rodzin, którym szczególnie bliska jest przyroda – w takim wypadku cała rozgrywka nabierze dodatkowej wartości i walorów edukacyjnych.