Moje Miasto – recenzja i wrażenia po kampanii

Gry legacy to ciekawe zjawisko, które posiada chyba tak wielu zwolenników, jak przeciwników. Dużą część graczy stanowią jednak osoby, które nie miały styczności z tą formułą. Przyznam szczerze, że sam należę do tej ostatniej grupy, nie mogąc się do tej pory przekonać do nieodwracalnych zmian w elementach gry czy niszczenia ich. Kolejną barierą był fakt, że gry legacy, to często planszowa opowieść, w której fabuła i tematyka grają pierwsze skrzypce, a dla mnie ten aspekt nigdy nie był najważniejszy.  

I tu naprzeciw moim oczekiwaniom wychodzi nagle Reiner Knizia i jego… a w zasadzie MOJE Miasto. To kafelkowa gra legacy o rozbudowie tytułowej mieściny, która przeprowadzi nas przez kampanię podzieloną na 8 scenariuszy. Każdy z nich zaskoczy nas dodając do bazowej rozgrywki nowe elementy oraz na stałe modyfikując planszetki i kafelki graczy. Jeśli ciekawią Was moje wrażenia z jedynej na mojej półce gry typu legacy, zapraszam do recenzji.

Ilość graczy: 1-4
Czas rozgrywki: ok. 20 minut
Główne mechaniki: tile placement, route building
Stopień skomplikowania: (w pięciostopniowej skali): 🎲 🎲

Moje Miasto – zasady rozgrywki

W Moje Miasto grać możemy na dwa sposoby. Głównym trybem dedykowanym rozgrywce jest kampania legacy. Osobom, którym termin ten jest obcy wyjaśniam: w grze legacy każda kolejna partia wygląda inaczej. Wraz z rozpoczęciem nowego epizodu zmieniają się nie tylko zasady, sposoby punktacji, ale też same elementy gry.

Po zakończeniu kampanii, możemy nadal cieszyć się grą, rozgrywając tryb nieskończony. Przeznaczono do tego drugą strona planszetki, a sam tryb opiera się na podstawowych zasadach, które obowiązują również w większości trybu legacy. W trybie nieskończonym każdy z graczy dysponuje taką samą planszetką i takim samym zestawem kafelków.

Przebieg rozgrywki

Rozgrywka podzielona jest na rundy, a na początku każdej odkrywana jest karta budowy, przedstawiająca budynek w jednym z trzech kolorów. Każdy z graczy umieszcza wskazany kafelek tak, by sąsiadował przynajmniej jednym bokiem z wybudowanym wcześniej budynkiem. Grę zaczynamy mając na koncie 10 punktów, a zawsze gdy nie chcemy lub nie możemy wznieść budynku, możemy spasować, odbierając sobie 1 punkt zwycięstwa. Wyjątkiem są tu kafelki kościołów, które musimy wyłożyć lub natychmiast odpadniemy z dalszej gry. W dowolnym momencie możemy również zrezygnować i przejść do punktacji z tym, co mamy. W ten sposób gramy do wyczerpania kart budowy lub do momentu, w którym wszyscy gracze zrezygnują z dalszej gry.

Na koniec punkty przyniosą nam największe grupy budynków w każdym z trzech kolorów, kafelki kościołów (jeśli otoczyliśmy je trzema kolorami) oraz obecna na planszy studnia (jeśli wybudowaliśmy dookoła 4 kafelki). Otrzymamy też punkty za niezabudowane pola z drzewkami, a stracimy za te z kamieniami. Każde puste pole również będzie nas kosztowało jeden punkt.

Tryb legacy

Tryb legacy podzielony jest na 8 rozdziałów, po 3 epizody każdy. W pudełku znajdziecie 8 ponumerowanych kopert, które otwieramy przystępując do kolejnych rozdziałów. Nie chcąc psuć Wam zabawy płynącej z  poznawania ich zawartości, powiem tylko, że w każdej znajdziecie krótki wstęp fabularny, instrukcję z nowymi regułami, tabelę punktacji oraz nowe elementy. Przez wszystkie 8 rozdziałów, każdy z graczy dysponuje indywidualną planszetką i zestawem kafli. Obie te rzeczy będą się zmieniać – na planszetce pojawią się nowe miejsca, budynki zyskają nowe funkcje,  a wszystko to za sprawą naklejek, które przykleimy na początku lub też na końcu danego epizodu. Czasem o miejscu przyklejenia poinformuje nas instrukcja, a czasem decyzja należeć będzie do nas. Jak już wspomniałem, każdy rozdział podzielony jest na 3 związane ze sobą tematycznie epizody. Po każdym z epizodów następuje punktacja, której wynik decyduje o tym, jakich naklejek użyjemy. Zebrane na przestrzeni 8 rozdziałów punkty decydują, kto zostaje zwycięzcą całej kampanii.

Moje Miasto – recenzja i wrażenia z kampanii legacy

Po otwarciu pudełka naszym oczom ukazuje się dość skromna zawartość – 4 zestawy graczy (planszetka i kafelki), niewielka talia kart oraz koperty oznaczone nazwami i numerami poszczególnych rozdziałów. Zapoznanie się z instrukcją zajmuje kilka minut, bo ta jedynie informuje nas o podstawach wykładania kafelków, które dla osób grających w gry kafelkowe, będą doskonale znane. Przygodę rozpoczynamy od podpisania naszej planszetki nazwą miasta i otwarcia koperty z numerem 1. Od tego momentu najlepsze przed nami.

Każdy kolejny epizod wprowadza do gry coś nowego. Aby uniknąć spojlerów, napiszę tylko, że jedne zmiany wiążą się z nowymi kafelkami, czy kartami inne dotyczą wyglądu planszetki dodając do niej nowe elementy, a inne zmieniają reguły dokładania kafelków. Muszę przyznać, że opór przed nieodwracalnym modyfikowaniem mojej planszetki szybko minął, a obserwowanie, jak zmienia się ona wraz z postępem kampanii, to sama przyjemność. Planszetki innych graczy zaczynają też szybko się od siebie różnić, a my czujemy, że nasza jest indywidualna i zaprojektowana przez nas.

Część zmian wprowadzanych przez kolejne epizody jest subtelna, inne potrafią całkowicie zmienić sposób rozbudowy miasta i wykładania kafelków. Z czasem naklejki umieszczone na planszy dodadzą zupełnie nowe mechaniki, dzięki czemu, mimo, że nadal jest to gra o budowaniu kafelków, nie czujemy powtarzalności.

Ciekawym rozwiązaniem jest jedna pula punktów zwycięstwa (punktów rozwoju), którą zapełniamy przez całą kampanię, skreślając je na swojej planszetce. Trzeba się pilnować, bo kilka przegranych epizodów może być trudne do nadrobienia, zwłaszcza w rozgrywce dwuosobowej, w której punkty otrzymuje zazwyczaj jedynie zwycięzca. Na szczęście gra stara się wyrównać rywalizację – zwycięzca często zmuszony jest do naklejenia na swoją planszetkę kamieni, które mogą przysporzyć nam punktów ujemnych w kolejnych partiach. Jednocześnie przegrany otrzymuje naklejkę z drzewami, które ułatwiają wygraną w kolejnych rozgrywkach.

Da się też odczuć rosnący poziom trudności. Zazwyczaj nie jest on związany jednak ze skomplikowaniem zasad, a dodawaniem kolejnych możliwości zdobycia punktów. Owszem, nie ma tu negatywnej interakcji między graczami, jednak podczas punktacji różnice często są niewielkie. Kluczem do wygranej jest więc umiejętne balansowanie między „starymi” sposobami zdobywania punktów, takimi jak zostawianie jak najmniejszej ilości pustych pól i pól z kamieniami, a nowymi, wprowadzonymi przez kolejny epizod.

Sam podział gry na scenariusze, a w ich obrębie krótsze epizody, to również trafiony pomysł. Rozegranie jednego epizodu trwa około 10-15 minut, a więc cała koperta zajmuje około 30-40. Dzięki temu bardzo łatwo podzielić Moje Miasto według naszych możliwości czasowych. Ja rozgrywałem każdego dnia jedną kopertę i mam wrażenie, że to idealne rozwiązanie. Z jednej strony, nawet po długim dniu w pracy nie czułem oporów przed otwarciem kolejnej koperty, z drugiej gra wystarczyła mi na dłużej. Mimo wszystko przechodząc do punktacji końcowej czułem lekki niedosyt. Ale był to pozytywny niedosyt. Knizia zakończył kampanię w idealnym momencie, przez co nie czuć, że była ona sztucznie wydłużana, a gra nie zdążyła pozostawić po siebie kiepskich wrażeń. Co warto zaznaczyć, w pudełku znajdziemy aż 4 zestawy graczy. Jeśli więc gracie w parze, możecie rozegrać kampanię po raz drugi i inaczej pokierować rozwojem waszej osady!

WARIANT NIESKOŃCZONY

Na koniec wspomnę jeszcze o wariancie nieskończonym, czyli trybie gry przeznaczonym do zabawy po ukończeniu trybu legacy. Jest to klasyczna do bólu gra kafelkowa, w której obowiązują zasady z mniej więcej połowy kampanii. Mając za sobą 8 scenariuszy wydaje się ona uboższą krewną swojej fabularnej siostry, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, aby zaimplementować kilka reguł z kampanii i wzbogacić rozgrywkę. Czy warto dla trybu nieskończonego kupić Moje Miasto? Nie, ale nie taka przecież była intencja twórców. Warto to jednak zrobić dla kampanii, a wariant nieskończony traktować jako prostą grę o budowaniu kafelków.

Podsumowanie

Ja z Moim Miastem bawiłem się świetnie. Każda kolejna koperta, to coś nowego w stosunku do poprzedniej, a ich otwieranie przypomina zabawę z kalendarzem adwentowym. Rozwój swojej planszetki i obserwowanie, jak zmienia się w każdej turze to sama przyjemność. Moje Miasto to również świetny tytuł do rozpoczęcia przygody z mechaniką legacy dla osób, które wcześniej się go obawiały. Jak się okazuje, nie taki diabeł straszny… To również tytuł dla tych, którzy mają mniej czasu, a od gry oczekują zaangażowania gracza, a nie czasu. Zdecydowanie polecam!