Recenzje

Zostałem uczonym. GRAmy w Newton!

Gry dla średniozaawansowanych w naszej grupie sprawdzają się najlepiej. Mimo, że bardzo lubimy gry ciężkie, to wychodzą one na stół dość rzadko, bo spotykając się raz w tygodniu wolimy zagrać w kilka tytułów, niż cały wieczór móżdżyć nad jedną grą. Oczywiście, zdarzają się wyjątki, ale zazwyczaj podczas jednego spotkania przewijają się co najmniej dwie „większe” i kilka “mniejszych” gier.
 
Na Newtona zwróciłem uwagę już podczas zeszłorocznego Essen, kiedy więc dowiedziałem się, że zostanie wydany przez Lucrum Games przebierałem niecierpliwie nogami, żeby w końcu móc w niego zagrać.

 
Ilość graczy: 2-4
Czas rozgrywki: około 90 minut
Główne mechaniki: hand management, deck building
Stopień skomplikowania (w pięciostopniowej skali): 🎲🎲🎲🎲
Cała rozgrywka trwa 6 rund, a podczas każdej na swoją planszetkę zagrywamy 5 kart. Wszystkie karty posiadają akcję obowiązkową zilustrowaną na dole karty, a część z nich także akcję opcjonalną, przedstawioną w górnej części.
 
W trakcie swojej tury obowiązkowo zagrywamy jedną kartę, a następnie wykonujemy związaną z nią akcję. Każda kolejna karta tego samego typu zwiększa siłę danej akcji o 1. Dodatkowo każdy symbol danej akcji znajdujący się na naszej planszetce również zwiększa jej siłę. Przykładowo: decydując się na wykonanie akcji “praca” musimy zliczyć ile posiadamy odpowiadających jej symboli na planszetce, przesunąć się o tyle pól i zebrać tyle samo monet.
 
Dostępne akcje pozwalają nam na podróżowanie po mapie i odwiedzanie miast oraz starożytnych ruin. Każdorazowo takie odwiedziny oznaczamy kosteczką w swoim kolorze, a po wystawieniu 9, 10, 11 i 12 kostki, dostajemy jednorazowo określoną ilość punktów. Kolejną możliwością jest rozwój na torze technologii, który nagradza nas nie tylko bonusami jednorazowymi, ale i takimi, które będą punktować na koniec rozgrywki. Możemy również dokonywać rozwoju na torze pracy, dzięki czemu oprócz monet mamy możliwość otrzymania dodatkowych benefitów, kupna kart lub zabudowania swojej biblioteki, co z kolei pozwala na otrzymywanie dodatkowych punktów na początku każdej rundy. Ostatnią możliwością jest użycie jokera, co umożliwia nam wykonanie dowolnej z wcześniej wymienionych akcji.
 
Podczas rozgrywki każdy z graczy posiada również 4 uczonych, których zagranie daje kolejne możliwości punktowania na koniec gry lub jednorazowe bonusy. W standardowej wersji gry na początku się ich draftuje, co umożliwia nam stworzenie zarysu strategii jeszcze przed rozpoczęciem rozgrywki.
Głównym twistem w rozgrywce jest to, że po każdej rundzie musimy wsunąć pod swoją planszetkę jedną z zagranych w tej rundzie kart, zwiększając tym samym na stałe siłę wybranej akcji o 1. Bardzo ważne jest by dokładnie przemyśleć, jaka będzie to karta, ponieważ nieodpowiednie zarządzanie ręką może spowodować, że się zablokujemy i nie będziemy w stanie wykonywać jednej z akcji do końca gry.
 
Oczywiście, decyzja o wsunięciu karty nie jest taka łatwa, jak mogłoby się wydawać – nie możemy przecież skupić się jedynie na jednej akcji. Rzeczywiście, w przypadku zdobywania kart (czyli kolejnej akcji zwanej wykładami) ilość symboli wyznacza nam możliwe do dociągnięcia karty, ale w przypadku podróżowania zależeć nam będzie na częstszym poruszaniu w małych odległościach, tak, żeby móc stawiać kolejne kostki i otrzymać bonus.
 
Karty uczonych, które w pierwszej rozgrywce losujemy, a w kolejnych draftujemy, również pomagają ukształtować strategię. Jedne dają nam jedynie dodatkowy tom na pozostałą część rozgrywki, inne pozwalają za to na wykonanie dodatkowej akcji, co (jeśli to dobrze zaplanujemy) może spowodować odpalenie combo.
 
To co opisałem powyżej to oczywiście jedynie skrót zasad, po więcej odsyłam Was do filmu z kanału Planszą po kostkach:
Sama rozgrywka jest bardzo angażująca, a biorąc pod uwagę, że podczas całej gry możemy wykonać tylko 30 podstawowych akcji (nie wliczając w to akcji, które można odblokować jako bonusy) rozgrywka jest naprawdę ciasna.
 
Jak już wcześniej wspomniałem, istnieje możliwość zablokowania się, więc trzeba uważnie planować swoje posunięcia. Od samego początku gry widać ułożenie bonusów, znamy uczonych, których posiadamy na ręku, więc już w pierwszych chwilach jesteśmy w stanie ułożyć w głowie strategię i zdecydować na czym chcemy się skupić. Również planszetka, którą otrzymujemy rozpoczynając grę, może w pewnym stopniu wpłynąć na naszą strategię, ponieważ zawiera ona bazowe wzmocnienie konkretnej akcji.
 
Szczerze mówiąc, wstając od stołu tylko raz miałem poczucie w pełni zrealizowanego planu, który ułożyłem sobie na samym początku rozgrywki. A i tak przegrałem. Przyznam, że niekiedy bywa to irytujące, ale tak to działa z podobnym typem gry, gdzie mimo pozornie wielu możliwości, nie jesteśmy w stanie wykonać wszystkiego.

Posiadając całkiem sporo mikro zasad Newton zdecydowanie jest grą dla zaawansowanych graczy. Zwróćcie jednak uwagę na dobór współgraczy, bo gąszcz możliwości może spowodować paraliż decyzyjny i tym samym planowana na 90 minut partia będzie trwać znacznie dłużej. A Newton jest na to zdecydowanie podatny, gdyż mając ograniczoną liczbę akcji i limitowaną zasobność talii, musimy planować swoje posunięcia z wyprzedzeniem. Samo wymyślenie kilku różnych kombinacji może zająć chwilę, nie wspominając już o ich przeliczeniu.

Wszystkie mechaniki występujące w grze sprytnie się ze sobą zazębiają. Rozbudowując swoją talię jesteśmy w stanie wykonywać coraz lepsze akcje bonusowe, zwiększać siłę swoich akcji oraz zapełniać kolejne pola w naszej biblioteczce, gromadząc dodatkowe punkty zwycięstwa. Sama decyzja o tym, które karty należy zachować na później, a które poświęcić, by wzmocnić akcję nie jest łatwa. Tu z pomocą przychodzi nam znów nasza planszetka gracza (już na starcie posiada jedną wzmocnioną akcję), oraz wcześniej wspomniane karty uczonych.
 
Właśnie to wzmacnianie akcji z użyciem kart przywodzi mi trochę na myśl Notre Dame Felda, w której w nieco podobny sposób zwiększyliśmy siłę wykonywanych przez siebie akcji, używając do tego znaczników. Oczywiście nie unikniemy tu porównań do innych gier autora. Choćby podróżowanie po mapie przypomina nieco Marco Polo, a sama krótka kołderka i potrzeba maksymalnej optymalizacji są znakami rozpoznawczymi pana Luciani – nie inaczej było przecież w Tzolk’inie, Grand Austria Hotel lub nawet Lorenzo.
 
Newton bardzo przypomina euro w klasycznym stylu. Pod względem wizualnym pozostawia wiele do życzenia, ale na szczęście rozgrywka zdecydowanie to wynagradza. I mimo że nie wprowadza nic innowacyjnego, a zasady dla niektórych graczy będą zdecydowanie zbyt skomplikowane, to gra, do której siadam z przyjemnością. Nie jest to tytuł za który dałbym się pokroić, ale sama rozgrywka jest dla mózgu przyjemnie rozgrzewająca, a partia i jak największa optymalizacja stanowią ciekawą łamigłówkę. Podczas swoich partii testowaliśmy już co najmniej kilka sposobów prowadzenia rozgrywki, skupiając się na różnych akcjach i żaden z nich nie okazał się definitywnie przeważający. Świadczy to o tym, że Newton to gra dobrze zbalansowana.
 
Mimo to w każdej grze wykonujemy właściwie to samo – zmienia się jedynie początkowy set up, który wpływa na punktację i może podpowiedzieć jaką strategię obrać. W każdej rozgrywce, jakby jej nie poprowadzić musimy skupić się na wypełnianiu naszej biblioteki i zdobywaniu kart, a to co robimy poza tym nie wprowadza aż tak wielkiej różnorodności. Dlatego stawiam, że jeśli chodzi o regrywalność to początkowej zabawy starczy na jakieś 10-12 partii.

A jak w parze?

Grając we dwie osoby na planszy znajduje się mniejsza ilość żetonów bonusowych, które, muszę przyznać, znacznie ułatwiają rozgrywkę. Dzięki nim często możemy choćby zdobyć dodatkowe płytki pozwalające na stałe zwiększyć siłę naszych akcji, jednorazowe bonusy z miksturami (dzięki którym omijamy pewne wymogi związane z uzupełnianiem naszej biblioteki), punktami zwycięstwa czy po prostu jednorazowym wykonaniem akcji. W trójce nie jest to tak bardzo odczuwalne, mimo że wtedy również nie gramy ze wszystkimi dodatkowymi żetonami. Mam wrażenie ze rozgrywki 3-osobowe to właśnie taki sweet spot – dodatkowych żetonów mamy całkiem sensowną liczbę, a na swoją turę nie musimy czekać długo.
Jeśli macie za sobą już pierwsze planszówki, lubicie eurogry i nie przeraża Was to, że rozgrywka jest bardzo sucha, zdecydowanie polecam zagrać w Newtona. Nie jest to może gra, która znajdzie się w tegorocznej topce, ale i tak na chwilę obecną ma silną pozycję w mojej kolekcji. Mimo braku efektu wow chętnie usiądę do kolejnej partii.
 
Swoją opinią o Newtonie podzieliła się też Sydonia z Planszowy Pamiętnik:
Premiera każdego eurasa, który wychodzi spod ręki Simone Luciani niesie za sobą bagaż moich dużych oczekiwań. Nie inaczej było z Newtonem. Wyczekiwałam go niecierpliwie, ale też z obawami. Niepotrzebnie. Gdy tylko pojawił się na stole zawładnął moim sercem. Od początku rozgrywki czuć styl tego autora. Elegancka mechanika, zróżnicowane tory i mapa ze zmiennymi bonusami, rozkręcanie silniczka na kartach i przemyślana rozbudowa talii. Z jednej strony widzę nawiązania do innych znanych gier z tego gatunku, z drugiej zaś nie czuję powtarzalności i odcinania kuponów. Newton ma w sobie tę cechę eurasów, którą bardzo lubię – tuż przed rozpoczęciem partii patrzę na wszystkie elementy i już w mojej głowie tworzy się szkielet strategii, zaś po jej zakończeniu pojawia się myśl “jaką ścieżką pójść następnym razem”.
 
Staszek z kanału Planszą Po Kostkach twierdzi, że:
“Zaskoczyło mnie to, jak lekko można podejść do cięższego tytułu. Wystarczy mieć plan i się go trzymać, choć pokusa wypełnienia dziesiątek innych celów po drodze jest silna. Duży wybór ścieżek prowadzących do zwycięstwa i regrywalność to największe atuty Newtona. Idealna do szarlotki.”
Chcesz wiedzieć jak oceniam gry? Kliknij tutaj!