Recenzje

Zostałem legionistą. GRAmy w Pandemię: Upadek Rzymu!

Nigdy nie byłem fanem gier kooperacyjnych. Kilka razy zdarzyło mi się grać w Robinsona, który mimo że jest solidnym tytułem, nie wzbudził we mnie emocji. Jak pamiętacie, Discover również nie wzbudziło we mnie pozytywnych odczuć. Jedną z niewielu kooperacji, o której mogę powiedzieć, że ją lubię jest Pokój 25 – ze znajomymi lubimy go ogrywać w wariancie kooperacji ze zdrajcą, przy którym bawimy się najlepiej.

Z samą Pandemią również nie mam wielu wspomnień – mimo świadomości jej istnienia raczej trzymałem się z dala, aż do czasu wakacji, kiedy to ze znajomymi udało nam się podczas rozgrywki zwalczyć epidemię. Stwierdziłem wtedy, że to dość przyjemny tytuł, który nawet spina się mechanicznie – w końcu rozprzestrzenianie się wirusów ma sens. Do samej gry później jednak nie wróciłem, bo zaczął się bardziej pracowity okres nie tylko pod względem recenzji, ale też zawodowo, przez co nie miałem aż tyle czasu na granie.

Kiedy tylko dowiedziałem się o nowej wersji standalone od Rebela, stwierdziłem, że nie mogę tego przegapić. Pamiętając dobre wrażenie i biorąc pod uwagę korzystną zmianę settingu, która cały tytuł odświeża, nie mogłem odmówić obecności Pandemii w mojej pirackiej kolekcji. Zatem, przed Wami recenzja tytułu Pandemia: Upadek Rzymu.

Ilość graczy: 2-4
Czas rozgrywki: około 60 minut
Główne mechaniki: kooperacja, set collection (zbieranie setów), hand management (zarządzanie ręką)
Skomplikowanie zasad: 🎲🎲🎲 (w pięciostopniowej skali)

Obronić Rzym. GRAmy!

Jeśli kiedykolwiek graliście w Pandemię, zasady Upadku Rzymu nie będą dla Was zaskoczeniem. Mechanicznie wszystko jest bardzo podobne. Przy setupie należy wybrać poziom trudności – nowicjusz, normalny lub heroiczny i wybrać odpowiednią liczbę kart buntów oraz wydarzeń.
 
Następnie należy potasować karty miast z czarną obramówką i podzielić je na liczbę stosów odpowiadającą liczbie kart buntów, którą przed chwilą dobraliśmy. Do każdego z nich należy dodać jedną z nich.
 
Przy setupie należy także oddzielić karty ze złotą ramką i do 3 z nich dodać po trzy znaczniki barbarzyńców, do kolejnych 3 po dwa, a do ostatniej trójki po jednym (w odpowiadającym im kolorze). Te kostki mają kluczowe znaczenie, więc ważne jest odpowiednie tasowanie, tak by nie okazało się, że dzięki pierwszym trzem kartom na planszy skonczy 9 kostek.
Całość rozgrywki prowadzi do przegranej lub jednego z dwóch warunków zwycięstwa: zawarcia przymierza ze wszystkimi pięcioma plemionami lub usunięcia wszystkich kostek barbarzyńców (co mi jak dotąd się nie udało). Warunkiem pokoju jest odrzucenie wymaganej liczby kart w kolorze danego plemienia w mieście, gdzie znajduje się przynajmniej jeden znacznik o tym kolorze.
 
W trakcie swojej tury do wykorzystania mamy cztery punkty akcji, dzięki którym możemy przemieszczać się z miasta do miasta, rekrutować legionistów i używać ich do walki z barbarzyńcami. Każda z postaci posiada także unikatowe zdolności, które wymienione są na jej karcie. Podczas bitwy możemy wylosować także akcję specjalną, która często okazuje się być bardzo korzystna podczas rozgrywki.
Sama rozgrywka niespecjalnie mnie zaskoczyła, bo jest prawie tą samą Pandemią, którą grałem w wakacje. Mimo to całość oprawy jest na tyle dobrze ze sobą dopasowana, że Pandemia będzie chyba pierwszą pełnoprawną kooperacją, która na dłużej pozostanie w moim GroZbiorze.
 
Kooperacjom często zarzuca się syndrom lidera, który podejmuje decyzje za całą grupę, więc pilnowałem by podczas moich partii nie było takich sytuacji. Bywają za to sytuacje, że niektórym ciężko jest podjąć decyzję odnośnie swojego ruchu. Ostatecznie ten kryzys udawało się zażegnać, ale te dwie sytuacje będą ze sobą połączone – osobom, które w codziennym życiu również mają problemy z podejmowaniem decyzji, będzie znacznie trudniej zdecydować o swoich kolejnych posunięciach w grze. Sama jej znajomość również wpływa na możliwość powstawania gracza alfa.
Bardzo podoba mi się ścieżka rozprzestrzeniania się plemion, które podążają po wytyczonej trasie (pokazanej na karcie najazdu). Dzięki temu znacznie łatwiej jest zlokalizować konkretne miasto, szczególnie gdy jeszcze nie jesteśmy zaznajomieni z planszą.
 
Dodatkowo do gry dołączają kostki, których używamy podczas potyczek z barbarzyńcami. Dodają one do rozgrywki poziom losowości, którego wcześniej nie było. Obecnie decydując się na bitwę z barbarzyńcami nie mamy żadnej pewności, że nasz plan się powiedzie, co jednocześnie dodaje do rozgrywki dodatkowych emocji. O dziwo, nie przeszkadzało mi to, co mnie totalnie zaskoczyło, bo wiecie, że nie jestem fanem losowości i braku kontroli podczas rozgrywki.
 
Same karty wydarzeń posiadają również ciekawy twist – możemy zdecydować się na użycie ich silniejszej wersji, jednocześnie skazując Rzym na coraz większą korupcję. Daje to możliwość podejmowania ciekawych decyzji, bo nie wiemy jak daleko jest kolejna karta buntu, która może doprowadzić do upadku naszego imperium.
 
Warto zaznaczyć, że Pandemia: Upadek Rzymu nie jest łatwa – nietrudno o przegraną nawet na nowicjuszu, kiedy kart buntów jest zdecydowanie mniej. Może zabrzmi to dziwnie, ale te przegrane w tym wypadku są poniekąd motywujące, bo dzięki nim mam chęć na ogrywanie Pandemii. Wszyscy chcemy wygrywać, a gdy gra mi daje prztyczka w nos to automatycznie mam chęć na więcej.
Czuję, że mimo że mechanicznie blisko się z Pandemią poznaliśmy to jeszcze mam wiele do odkrycia – połączenia postaci, kart wydarzeń i losowego doboru w talii. Zdecydowanie jestem ciekawy kolejnych partii, tym bardziej, że obecnie zrobiło się luźniej i mogę wrócić do wielu gier, które od pewnego czasu kurzą się na regale. Pandemia jeszcze nie miała kiedy zebrać kurzu, ale z pewnością będzie wciąż ogrywana.
 
Jeśli podobały Wam się poprzednie odsłony Pandemii to zdecydowanie sięgnijcie po Upadek Rzymu bo nie będziecie rozczarowani. Gra oferuje nie tylko urozmaicone rozwiązania mechaniczne, ale również zyskuje dzięki przeniesieniu settingu do czasów, które już dawno minęły.
Chcesz wiedzieć jak oceniam gry? Kliknij tutaj!