Podsumowanie marca 2020

Spodziewałem się, że w związku z wirusowym zamieszaniem marzec będzie obfitował w masę czasu na planszówki. Niestety wcale tak nie było. Skutkiem tego są pewne zaległości w recenzjach, ale próbując je nadgonić zapraszam do jeszcze ciepłej recenzji Spaceru po Burano. Z kolei w przyszłym tygodniu spodziewajcie się wpisu do którego przyda się Wam dobra angielska herbata. 

Po kilku tygodniach względnie przyzwyczaiłem się do pracy zdalnej, zapewniam więc, że kwiecień pod względem aktywności blogowej wypadnie znacznie lepiej.

Liczba rozgrywek: 40
Liczba różnych tytułów: 23
Nowości w kolekcji: Szarlatani z Pasikurowic, Marvel Champions, Londyn, Fits pocket, Ubongo Extreme

Gra miesiąca

Ostatnio zagrywam się w Marvel Champions. Jeśli śledzicie mój kanał na Facebooku to z pewnością nie będzie dla Wasz zaskoczeniem, że to właśnie ten tytuł został moją grą miesiąca. 

Nie byłem do końca przekonany do jej zakupu. W końcu przełamałem się i pomyślałem „najwyżej ją sprzedam”. A teraz żałuję… żałuję, że czekałem tak długo. Owszem, zdecydowanie wolę superbohaterów ze świata DC. Jednak jest to na tyle solidny tytuł, że nawet z marvelowskimi herosami  gra się przyjemnie.

To pierwszy LCG* (living card game) w mojej kolekcji. Chyba zawsze z dystansem podchodziłem do tego typu gier myśląc, że dokupowanie dodatków jest w nich niezbędne. Tutaj nawet z samą podstawką można się świetnie bawić. Jeśli nie chcecie jej rozwijać, to zapewniam, że podstawowa zawartość wystarczy na kilkadziesiąt partii. Ja mam za sobą niecałe 10, a mimo to nadal czuję, że w grze pozostało jeszcze wiele do odkrycia.

Podczas rozgrywki wcielamy się w superbohaterów walczących z łotrami. Każdy z supków ma własną talię, którą po zapoznaniu się z kartami można modyfikować. Sami łotrowie również posiadają różne wcielenia i poziomy, oraz własnych pomagierów. Na początku przygody z Marvel Champions mierzymy się z najłatwiejszymi, a gdy odnajdziemy własny styl gry, sięgamy po tych groźniejszych. Póki co wciąż nie pokonałem drugiego złoczyńcy, a w pudełku czeka  jeszcze trzeci. Nadal szukam swojej ulubionej talii, choć wydaje mi się, że będzie to Black Panther, który wspierany przez Shuri, czy Czarną Wdowę skupia się na aktywacji upgrade’ów jednocześnie.

Póki co, to jedna z lepszych (jeśli nie najlepsza) gier, jakie poznałem w tym roku. Fakt, nie miała szczególnej konkurencji, ale myślę, że przebicie jej nie będzie łatwe.

*Dla tych, którzy nie wiedzą czym cechuje się LCG: sama podstawka zawiera pewną pulę kart, a do gry wydawane są częste rozszerzenia. Różnica między LCG a CCG (collectible card game) jest taka, że paczki z kartami nie są generowane losowo, a każde rozszerzenie o danym tytule posiada taki sam zestaw kart. 

Odkrycie miesiąca

Londyn od wydawnictwa Foxgames, to tytuł, na który czaiłem się już od jakiegoś czasu. Jest to taka gra, która w teorii wydawała się bardzo „pode mnie”. I rzeczywiście, po czterech partiach nadal jestem bardzo zadowolony. Rozgrywka jest mięsista, ale nie nazwałbym jej mózgożerną (do poziomu Brassa baaardzo tu daleko). Cała gra opiera się właściwie na nieskomplikowanych 4 akcjach.

W trakcie gry budujemy swoje tableau w stosach. Wypada to bardzo fajnie, bo sami podejmujemy decyzję ile tych stosów będzie. Nie można jednak za bardzo szaleć z ich ilością, bo za każdy stos otrzymujemy negatywny znacznik ubóstwa w trakcie aktywacji miasta. Dodatkowym smaczkiem jest to, że aby daną kartę zagrać, trzeba odrzucić inną w tym samym kolorze, a później aktywujemy ją tylko raz. O ile karty w stosach A i B nie są mocno znaczące, tak w stosie C jest kilka kart, o które warto rywalizować. Np. jeśli znacznie rozbuduje się swoje dzielnice, to karta „Metro” potrafi wiele namieszać w punktacji.

Ciągle więc stajemy przed decyzją, co teraz położyć, co aktywować, a co zostawić na później. Trochę przypomina mi to pod tym względem Hadarę, gdzie sposób rozumowania był nieco podobny.

I totalnie mi się to podoba. To właśnie taki typ gry które lubię najbardziej – zasady są proste, a wszystko opiera się na tym, jak zbudujemy sobie rozgrywkę. 

Mam jednak pewne obawy związane z regrywalnością i ciężko mi jeszcze powiedzieć jak wypadnie to w kolejnych partiach. 

Warte odnotowania

Grę poznałem już w 2018 roku. Szarlatani z Pasikurowic podobali mi się od początku, nigdy jednak nie zdecydowałem  się na własny egzemplarz. 

Dzięki uprzejmości Ani i Szymona z GryfGra ostatnio miałem ponownie okazję zagrać w ten tytuł. Po kilku partiach utwierdziłem się w tym, że podoba mi się na tyle by zdecydować się na własną kopię. 

Sam pomysł tego, że każdy składnik ma swoją umiejętność bardzo mi się podoba. Trochę przypomina to Orlean, gdzie żetony i dociąganie z woreczka działały podobnie. Każda księga posiada dwie dwustronne kopie (4 różne możliwości dla każdej grupy żetonów), a dzięki temu, że możemy je dowolnie mieszać, mamy całą masę możliwości.

Ogólnie lubię mechanikę push your luck, a tutaj jest ona clou całej rozgrywki, co bardzo mi się podoba. Owszem, czasem kiedy kociołek niespodziewanie wybucha ta gra irytuje, innym razem kiedy widzę rosnącą liczbę śnieguliczek stresuje. Mimo to, Szarlatani z Pasikurowic mają mocną pozycję na mojej półce. 

Jeśli chcecie śledzić te mniej formalne dyskusje, dołączcie do grupy na FB Załoga Pirata, gdzie i Wy możecie dzielić się swoimi przemyśleniami znad planszy: http://bit.ly/zalogapirata

W ostatnim czasie opublikowałem tam swoją opinię m.in. o Riverboat, który miał być wydany przez wydawnictwo Lacerta. 

Do zobaczenia w kwietniu!