Recenzje

W poszukiwaniu złota. Wyprawa do El Dorado – recenzja

Osoby lubiące deckbuilding ostatnio zdecydowanie mają w czym wybierać. To już właściwie 3 tydzień z kolei, gdy piszę o tytule bazującym na tej mechanice. A przecież to nie wszystkie gry, jakie pojawiały się w sprzedaży. Po zeszłotygodniowym Pojedynku Superbohaterów  pora na zmianę klimatu – pelerynę i supermoce zamieniamy na maczetę i kompas. Sama Wyprawa do El Dorado to tytuł pierwotnie wydany w 2017 roku. Wydawnictwo Nasza Księgarnia postanowiło (jak to ma w zwyczaju) zmienić jej wersję graficzną, dzięki czemu polski rynek jest pierwszym na świecie, na którym pojawiła się wersja z kreską Vincenta Dutraita. Możecie kojarzyć tego pana choćby z Nowego Jorku 1901 czy jeszcze ciepłego Space Gate Odyssey.

Ilość graczy: 2-4
Czas rozgrywki: ok. 40 min
Główne mechaniki: deck building, hand management, modular board
Stopień skomplikowania: (w pięciostopniowej skali): 🎲 🎲

Wyprawa do El Dorado – krótki opis zasad

Wszyscy gracze zaczynają rozgrywkę z identyczną talią. Składa się ona z 10 kart, dzięki którym będziemy poruszać się po mapie oraz takich, które umożliwiają zakup kolejnych kart. W swoim ruchu, zagrywamy 4 karty i wykonujemy związane z nimi akcje. Początkowe karty pozwolą nam na krótkie ruchy, jednak z czasem kupimy takie, które zwiększą nasz zasięg.

Celem całej rozgrywki jest dotarcie do świątyni znajdującej się na odległym krańcu mapy. Plansza jest modułowa, więc samo położenie świątyni, jak i trasa, którą musimy pokonać, zależą tylko od nas. Możemy puścić wodze wyobraźni lub użyć jednego z wariantów zaproponowanych w instrukcji. Przy każdym z nich oznaczono poziom trudności, z którym przyjdzie nam się zmierzyć.

Karty z El Dorado – Podróżniczka umożliwia poruszenie się z siłą 2 w jednej z wybranych kategorii lub zakup karty za 2 monety

Aby poruszać się po planszy, musimy zagrać karty z odpowiednią liczbą i typem symboli terenu. Na przykład aby przemierzyć dżunglę będziemy potrzebować kart z symbolem maczety, ale już by przejść przez wioskę tubylców kart z symbolem złotych monet. Żółte karty z monetami mają też inne zastosowanie. Płacąc nimi nabywamy z rynku nowe karty, które zwiększą siłę naszych akcji. Jako walutę można stosować każdy rodzaj kart, jednak te niebędące żółtymi warte są ½ monety.

W pudełku znajdziemy także jaskinie, które nieco urozmaicają rozgrywkę. Przygotowując partię, kafelki z jaskiniami rozkładamy w wyznaczonych na mapie miejscach. Gdy podczas swojego ruchu zatrzymamy się obok takiego miejsca, dobieramy wierzchni kafelek i korzystamy z bonusu, który się pod nim znajduje.

Wyżej wspomniane jaskinie, które pozwalają na jednorazowe skorzystanie z bonusu

Wyprawa do El Dorado – krótka recenzja

Ta gra to piękny przykład jak początkowe wrażenie może okazać się mylące. Zwykle pierwszą partię rozgrywam używając wariantu podstawowego. Tym razem nie było inaczej – wybraliśmy najprostszą mapę i rozpoczęliśmy rozgrywkę. Iii… myślałem, że umrę z nudów. Po pierwszej partii byłem załamany, że zdecydowałem się na recenzję tego tytułu. Z planszy wiało nudą, droga do celu była banalna i nie wymagająca kombinowania z kartami. Dodatkowo wariant podstawowy zalecany w instrukcji, nie zakłada wykorzystania kafelków jaskiń. Jako, że przygotowując recenzje gier ogrywam je więcej niż raz czy dwa, zacząłem myśleć, jak przetrwam kilka kolejnych rozgrywek. Nie brzmi to zachęcająco. Na szczęście teraz z perspektywy czasu, muszę przyznać, że byłem w błędzie.

Niewątpliwie ten wariant (bardzo) podstawowy przeznaczony jest dla graczy, którzy dopiero zaczynają przygodę z planszówkami (lub dla rodzin z mniejszymi pociechami). Na szczęście w instrukcji są także mapy zdecydowanie trudniejsze. Czasem naprawdę trzeba nieźle pogłówkować aby dotrzeć z jednego końca mapy na drugi. Im bardziej wymagające ułożenie modułów planszy, tym bardziej na znaczeniu zyskuje dobór kart, który dopiero w połączeniu z właściwie zaplanowaną trasą doprowadzi nas do świątyni. Również wspomniane wcześniej żetony jaskiń wydają się być niezbędne do czerpania z gry wszystkiego, co oferuje.

Plusy i minusy

Droga do El Dorado to typowa gra rodzinna. Posiada nieskomplikowane zasady, dlatego będzie to świetny wybór dla rodzin z dziećmi. Jeśli wasze dzieciaki lubią serial o przygodach Dory Podróżniczki, z pewnością świetnie odnajdą się w tym tytule. Dzięki klimatycznym ilustracjom na kartach i przemieszczaniu się po mapie, bez trudu wyobrażą sobie, że są odkrywcami przemierzającymi niezbadany ląd w poszukiwaniu skarbów.

Kreska Dutraita sprawiła, że same ilustracje i plansza są znacznie ciekawsze niż pierwotna wersja. Cieszy też fakt, że wszystko jest wykonane z dobrej jakości materiałów, więc nie ma potrzeby koszulkowania kart.

Mimo tego, ja po kilku partiach nie czuję dużej chęci powrotu do El Dorado. Niby można w dużym uproszczeniu powiedzieć, że „przecież tu jak w Brzdęku – zagrywając karty kupujemy nowe, poruszamy się planszy, a naszym celem jest zdobycie skarbu”. I chociaż nie potrafię wskazać jakiejś dyskwalifikującej wady, a sama rozgrywka jest lekka i przyjemna, to nie pozostaje ona na długo w pamięci. A mnie brakuje tu czegoś, co mogłoby zachęcić bardziej doświadczonych graczy do powrotu.

Dwustronne kafelki mapy, które można dowolnie składać przy tworzeniu własnej wersji rozgrywki

A jak w parze?

Podczas rozgrywki we dwie osoby, każdy z graczy używa dwóch pionków. Ten, którego oba dotrą do świątyni wygrywa. Przyznam szczerze, że ten wariant totalnie mi nie leży. Zwykle mówię, że rozgrywki dwuosobowe są bardziej kontrolowalne, ale tutaj po prostu nie jest ciekawie. Do dyspozycji mamy tyle samo kart, co grając w większym gronie, jednak musimy je rozkładać między dwa pionki. Przez to cała rozgrywka wydaje się rozdrabniać i przeciągać. Owszem, możemy sobie przeszkadzać i ta negatywna interakcja na pewno wystąpi, ale mimo to El Dorado zdecydowanie bardziej podoba mi się przy większej liczbie graczy.

Podsumowanie          

Wyprawa do El Dorado to świetne wprowadzenie do mechaniki budowania swojej talii dla rodzin z dziećmi, które lubią klimaty przygód i odkrywania nieznanych światów. To również propozycja dla osób, które stawiają lekką niewymagającą rozgrywkę nad gąszczem zasad i mechanik. Nie twierdzę, że osoby ograne nie znajdą w niej nic interesującego, ale zdecydowanie polecam wypróbować ją przed zakupem.

Czy zostaje w kolekcji? Tym razem nie. Mimo że uważam Wyprawę do El Dorado za świetną grę i Nasza Księgarnia zrobiła kawał dobrej roboty przy jej wydaniu (czego naprawdę gratuluję) wiem, że nie sprawdzi się w mojej kolekcji. Chętnie usiądę do partii z dodatkami, a mając do wyboru grę z deckbuildingiem, chętniej wybiorę chociażby Brzdęk czy Wiertła Skały Minerały.

Chcesz wiedzieć jak oceniam gry? Kliknij tutaj!