Recenzje

Wyprawa do Newdale – recenzja

To, że Alexander Pfister jest moim ulubionym autorem planszówek, nie jest żadną tajemnicą. Nie bez powodu uczestniczę w propagowaniu hasztagu #TeamPfister i pozytywnie oceniam każdą grę Pfistera, w którą zagrałem. A dodam, że grałem w prawie wszystkie i niezmiennie znajdują się one w mojej kolekcji. Staram się regularnie wracać do Great Western Trail, Blackoutu czy Maracaibo, bo wiem, że to gry, które wypracowały sobie miejsce na moich półkach, oferując rozrywkę na wiele partii. Nie inaczej było z O mój zboże!, więc gdy usłyszałem, że wydawnictwo Lacerta wzięło na celownik Wyprawę do Newdale, wiedziałem, że chcę w tym uczestniczyć. Decyzja o objęciu gry patronatem zapadła błyskawicznie.

Jeśli chcecie przekonać się, co takiego urzekło mnie w tym dużym granatowym pudełku, zapraszam na recenzję. Tym razem oprócz mojej, przeczytacie również opinie innych osób związanych ze światem planszówek. Myślę, że wspólnie przekonamy Was, że to tytuł, który powinien znaleźć się na Waszej półce.

Ilość graczy: 1-4
Czas rozgrywki: ok. 90 minut
Główne mechaniki: hand management, worker placement
Stopień skomplikowania: (w pięciostopniowej skali): 🎲 🎲

Wyprawa do Newdale – krótki opis zasad

Gra podzielona jest na 8 rozdziałów, które rozgrywane kolejno tworzą kampanię. Poszczególne rozdziały różnią się planszami, zestawami używanych kart i mikrozasadami, dlatego aby zapoznać się ze wszystkimi atrakcjami, jakie oferuje gra, polecam rozgrywać je właśnie w formie kampanii. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby wybrać dowolny i potraktować jako indywidualną rozgrywkę. 

Niezależnie od tego, na jaką formę gry się zdecydujecie, każda partia rozgrywa się w trzech głównych obszarach:

– planszy głównej, na której podróżujemy i budujemy domki
– planszy akcji, będącej jednocześnie torem punktacji i miejscem, w którym odpalimy większość akcji;
– planszetki gracza zawierającej miejsca pod budowę nowych kart i akcje związane z ich produkcją.

Każdy scenariusz trwa 7 rund, które odmierzane są kartami wydarzeń. Na początku rundy odsłaniamy nowe wydarzenie, informujące o regułach obowiązujących w danej rundzie oraz o tym, jakiego koloru asystenci będą dostępni. Następnie pora na planowanie – wysyłamy znaczniki akcji na wybrane pola swojej planszetki lub planszy akcji. Początkowo posiadamy jedynie 2 takie znaczniki, z czasem jednak ich liczba może się zwiększyć. Kolejnym krokiem jest wylosowanie z woreczka 4 kolorowych meepli. Dołączają one do puli asystentów wyznaczonej na początku rundy przez kartę wydarzenia.

Po wylosowaniu asystentów następuje faza akcji. W kolejności rozpatrujemy pola, na które wysłaliśmy nasze znaczniki akcji. Co ważne, są one ponumerowane, a my rozpoczynamy wykonywanie akcję od tej, na który wysłaliśmy znacznik z numerem 1, następnie znacznik z numerem 2 itd. Na koniec możemy wybudować jedną kartę z ręki, po czym rozpoczyna się nowa runda.

Jak widzicie same zasady nie są skomplikowane, a tym co zazwyczaj stanowi o wygranej jest wybór odpowiednich akcji. Znajdziemy wśród nich takie, które pozwolą nam dobierać dodatkowe karty, sprzedawać zasoby, czy odblokowywać dodatkowe znaczniki akcji. W większości będziemy jednak bazować na dwóch z nich: stawianiu budynków i uruchamianiu produkcji.

Jeśli w puli asystentów znajduje się odpowiednia liczba robotników wskazanych przez kartę budynku, wyprodukuje on dobra, które trafią na nią w postaci kosteczek. O tym, jakim rodzajem towaru jest dana kosteczka, decyduje budynek, na którym się znajduje. Np. kostki leżące na kopalni węgla, to węgiel, na tartaku drewno itd.

Tym, co typowe dla tej serii jest możliwość skorzystania z łańcuchów produkcyjnych. Dzięki temu do wytworzenia nowych dóbr, możemy użyć innych towarów. W ten sposób np. budynek rzeźni produkuje mięso nie tylko dzięki asystentom, ale też dzięki bydłu dostarczonemu z innej karty.

Budowanie nowych kart odbywa się poprzez odrzucanie wyprodukowanych wcześniej dóbr. Nowo postawiona karta, to nie tylko nowe możliwości produkcyjne, ale też okazja do wystawienie swojego domku na mapie głównej. Stawianie ich w odpowiednich miejscach pozwoli zyskać bonusowe kafelki, a także umożliwi realizację karty celu, którą otrzymujemy na początku rozgrywki.

Wyprawa do Newdale – krótka recenzja

Na początek w skrócie o związku Wyprawy do Newdale i O mój zboże! i wyjaśnienie dlaczego ta pierwsza nazywana jest planszowym odpowiednikiem drugiej. Poza oczywistą spójnością graficzną, w Wyprawie do Newdale korzystamy z łańcuchów produkcyjnych, prawie identycznych, jak w O mój zboże! Fabularnie oba tytuły również są ze sobą związane – Wyprawa do Newdale jest bezpośrednią kontynuacją wątków Ucieczki do Canyon Brook, którą niedawno również wydano po polsku. Jeśli jednak warstwa fabularna Was nie interesuje, nie przejmujcie się – znajomość fabuły poprzednich części, nie jest konieczna, by cieszyć się z rozgrywki, a stanowi jedynie dodatkowy smaczek. Ja mimo wszystko cieszę się, że Lacerta zrobiła dobrą robotę i daje polskim graczom możliwość odkrycia tej historii w całości.

Ale do rzeczy. Niewątpliwym atutem Wyprawy do Newdale jest obecność 8 scenariuszy. Możemy przejść je kolejno jako kampanię (co polecam na początek), ale też grać w nie indywidualnie. Co ciekawe, niektóre wprowadzają jedynie niewielkie zmiany względem poprzednika, inne z kolei nową planszę, elementy i pomniejsze zasady. Biorąc pod uwagę, że w pudełku znajdują się 3 dwustronne plansze, mamy aż 6 różnych wariantów rozgrywki. Nie są to może zmiany, które sprawią, że każda partia będzie zupełnie inną grą, jednak różny rozkład miast, czy choćby możliwość budowania mostów i korzystania ze statków, sprawiają, że minie sporo partii, zanim odczujecie powtarzalność. Po przejściu całej kampanii z pewnością będziecie mieć swoje ulubione mapy do których możecie bez problemu wracać.

Kolejnym atutem jest ciekawy sposób odpalania budynków produkcyjnych – o ile w O mój zboże! robiliśmy to odsłaniając kolejne karty, tak tu do bazowej karty dnia losujemy z worka kolorowe meeple. Sprawia to, że gra staje się mniej losowa i łatwiej zaplanować działanie naszych budynków.  Fakt, że musimy przypisać do danego budynku znacznik akcji przed wylosowaniem z worka asystentów wprowadza jednak do każdej rundy nutkę hazardu. Co więcej każdy budynek może produkować na trzy sposoby. Możemy grać zachowawczo, obstawiając, że w puli będzie mniej lub dokładnie tylu asystentów, ilu wymaga dana karta, albo zaryzykować, że będzie ich więcej. Warto więc zadbać o różnorodność stawianych budynków, by niezależnie od dostępnych asystentów uruchomić produkcję.

Budynki produkcyjne, to jednak nie wszystko, co znajdziemy w talii. W naszej osadzie możemy postawić budynki militarne, pozbawiające przeciwników punktów zwycięstwa czy takie, które co turę zapewnią nam prywatnych asystentów lub zasoby.

Warto wspomnieć również o planszy. Za każdym razem, gdy wybudujemy kartę z ręki, stawiamy na planszy domek w naszym kolorze. Wykładanie domków rozpoczynamy od miasta startowego, zasiedlając kolejne osady. I tu znów stajemy przed decyzją: czy stawiać domki bliżej naszych osad, za co zgarniemy kafelki oferujące jednorazowe korzyści, czy rozprzestrzeniać się coraz dalej, kolonizując odległe rejony mapy. Ta druga strategia niezbędna jest do spełniania losowanych na początku gry kart celów. Wskazują one lokacje, które dadzą nam punkty, jeśli postawimy w nich swój domek.

O grze wypowiedziała się również Marysia Podżorska, członkini bloga Dzień do Gry oraz jedna z osób, które używają #TeamPfister:

Gry Alexandra Pfistera, zazwyczaj trafiają w nasz gust i chyba mogę zaryzykować stwierdzenie, że w ubiegłym roku był to najczęściej „ogrywany” przez nas autor gier planszowych. Po przejściu kampanii w Longsdale i Canyon Brook od razu wzięliśmy Newdale na celownik.

Wyprawa do Newdale w umiejętny sposób wykorzystuje mechanizmy, które spodobały nam się w O mój zboże!, przy jednoczesnym ich zmodyfikowaniu tak, że plansze nie są tylko wepchniętym na siłę dodatkiem. Gra umożliwia różnorodne sposoby zdobywania punktów, a reguły nieco zmieniające się w zależności od planszy, na której gramy, zachęcają do wielokrotnych rozgrywek i testowania różnych strategii.

Zaskoczyło mnie, jak nawet tak oszczędnie dawkowana fabuła, jak to ma miejsce dodatkach do O mój zboże! oraz w samej Wyprawie do Newdale, potrafi nas wciągnąć i sprawić, że chcemy sięgać po kolejne rozdziały.

Różne składy osobowe

W Wyprawę do Newdale grałem we dwie i trzy osoby. Muszę przyznać, że wrażenia z rozgrywki prawie w ogóle się nie różniły, dlatego zaryzykuję stwierdzenie, że sprawdzi się w każdym wariancie osobowym. Oczywiście gra nie jest całkowicie pozbawiona interakcji między graczami. Mamy tu mały wyścig do miast po bonusowe kafelki. Mamy stawianie mostów, których przekroczenie będzie kosztowało naszych przeciwników karty. W końcu możemy też wybudować fortece, a gracz dominujący siłą militarną pozbawi innych punktów zwycięstwa. Te wszystkie aspekty nie wydają się jednak kluczowe dla wygranej, dzięki nim czujemy po prostu, że nie gramy sami, a taka ilość negatywnej interakcji z pewnością nikogo nie odstraszy.

Jeśli jesteście ciekawi wrażeń z partii solo, przeczytajcie wypowiedź Magdy Latosińskiej, która prowadzi klub Sportowcy na planszy i jest współtwórczynią kanału Grajki Polecajki:

Rozgrywka solo W Wyprawę do Newdale to dobry początek na zapoznanie się z grą. Same zasady pozostają takie same jak w wersji na więcej graczy , ale mamy tutaj dodatkowe warunki zwycięstwa. Na razie próbowałam grać w pierwszy scenariusz i niestety okazało się, że nie dałam rady wyżywić żołnierzy. No jak to w kartach bywa – dużo zależy od losu. W wariancie solo ważne jest, aby korzystać z akcji dobierania i wymiany kart, aby trafić na te właściwe. Sama rozgrywka jest płynna i w miarę szybka, jednak wymagająca dobrego planowania swoich akcji. Nie jest wcale prosto wygrać scenariusz. Po zagraniu solo w grę, mam ochotę wrócić do niej jeszcze nie jeden raz, aby osiągnąć upragniony. wynik. Warto spróbować, bo rozgrywka jest naprawdę przyjemna. Osobiście polecam!

Podsumowanie

Uważam, że Wyprawa do Newdale to świetna gra z mechaniką worker placement, która zainteresuje nie tylko osoby znające O mój zboże!, ale wszystkich fanów gier o produkowaniu i przerabianiu zasobów. Ja w swojej kolekcji widzę oba tytuły – Wyprawę do Newdale na dłuższe wieczory, a O mój zboże! na krótsze rozgrywki, czy choćby w podróży.

Różne plansze i kolejne scenariusze zapewniają regrywalność, a do gry chce się wracać nawet po zakończeniu kampanii, wybierając ulubione elementy. Cieszę się, że objąłem tę grę patronatem, bo jestem pewny, że będzie (w miarę recenzenckich możliwości) wracać na stół. A co najważniejsze, jestem przekonany, że każda partia będzie równie dobra jak te pierwsze.

A jeśli jesteście ciekawi opinii Agaty Syc, która pracuje w wydawnictwie Lacerta, możecie swoją ciekawość zaspokoić:

Gdy usłyszałam o planszowej kontynuacji serii O Mój Zboże, wiedziałam, że muszę w nią zagrać! Wyprawa do Newdale mnie nie zawiodła. Już podczas pierwszej rozgrywki bardzo dobrze się bawiłam przy znanej z O Mój Zboże mechanice w odświeżonym wydaniu. Bez żadnych wątpliwości postanowiliśmy wydać ten świetny tytuł.